Strona:Marceli Motty - Przechadzki po mieście 03.djvu/172

Ta strona została przepisana.

kiem słabnięciem całego ciała. Pobyt u wód salzbruńskich następnego roku przyniósł im pewną ulgę, lecz w związku z nagłą wiadomością o śmierci jednego z przybranych wnuków, którego kochał jak własne dziecko, rozbudził dawne sercowe wady, których prędkim skutkiem był nienormalny obieg krwi i szybki jéj rozkład. Po powrocie do domu stał się pastwą straszliwych boleści; walczył z niemi dzień i noc cierpliwie, lecz przemogły go wreszcie. Nie dając mu spokoju, dręcząc bez przerwy, wyczerpały wszelką jego siłę i wprawiły go ostatniemi dniami w ciągłe niemal odrętwienie, aż śmierć go wreszcie od nich uwolniła. Jak żył, tak też umierał; w krótkich chwilach przytomności i ulgi rozmawiał chętnie z otaczającymi, wypytywał o bliższych i przyjaciół, przepraszał za niedogodności i kłopoty, które sprawia, a ponieważ od lat dziecinnych, przez pobożną matkę wpojone miał uczucia religijne, których się nie wypierał w późniejszym wieku, przeto, na kilkanaście dni przed śmiercią, po rozmowie poufnéj z księdzem biskupem Likowskim, wypełnił ostatnie obowiązki chrześciańskie, jak przez całe życie każdy obowiązek święcie wypełniał.
Testament jégo, który czytałem, jest poniekąd zwierciadłem jego duszy. Szczuplutkie wprawdzie było jego mienie, ale każdą rzecz, do najdrobniejszych szczegółów, wymienił, oznaczył i rozporządził; nie pominął nikogo nietylko z krewnych swoich, przyjaciół i bliższych znajomych, lecz pamiętał nawet o ich dzieciach i o sługach nie zapomniał; każdemu zostawił pamiątkę po sobie, a wszystkich pożegnał serdecznemi słowy i upomnieniem wytrwania we czci narodowéj. Dotrzymał mu danego słowa przyjaciel jego Kaźmirz Jarochowski. Pewnego razu, rozmawiając o dolegliwościach swoich i cierpieniach fizycznych, dali sobie nawzajem przyrzeczenie, że który