Strona:Marceli Motty - Przechadzki po mieście 05.djvu/301

Ta strona została przepisana.

w kościołach, a przytem dbał o sprawy parafialne i miejskie, do których załatwiania, ile słyszałem, często pomocy jego wzywano. On pierwszy z Poznania, około roku dwódziestego piątego, zaprowadził doroszki, nie różniące się bynajmniéj od teraźniejszych. Było ich cztery, jak pamiętam; stały wiecznie na jednem miejscu, tutaj na rogu, przed jego kamienicą i też przestały większą część żywota swego, bo je rzadko kiedy wyrywano z ich spokoju. Miasto miało wiele mniejsze rozmiary i ludności ledwo połowę tego co teraz; dodaj, że brak był zupełny ruchu przemysłowego, a potrzeby i nawyknienia mieszkańców bardzo skromne; w lecie tylko bogatszym przyszła czasem chętka wyjechać za miasto, choć nie było właściwie gdzie wyjechać, zimą zaś panie niekiedy potrzebowały doroszki, aby się przeprawić na bal lub na wieczór; dla tego też Eliaszewicz, krótko przed trzydziestym rokiem, rozpuścił swych zaspanych fiakrów i rozprzedał wóziki, bez których się Poznań potem blisko lat dwadzieścia obywał, dopóki nie powstały koleje. Doroszek swoich nie przeżył Eliaszewicz zbyt długo; kiedy umarł, niewiem, ale gdym szkoły skończył już go tu dość dawno na Garbarach nie było, tylko jego starą jejmość widywałem jeszcze lat kilka siedzącą przy jednem z dolnych okien całemi dniami, jak już za życia męża siedziała.
Musisz mi wybaczyć, panie Ludwiku, że ci czasem prawię o rzeczach mniéj ważnych i o osobach, których właściwie pamięci naszéj żadna nie poleca zasługa; ale taką jak u mnie słabość znajdziesz u wielu starych, że co im się, w młodych szczególnie latach, nasuwało przed oczy, a, chociaż było błachem i zwyczajnem, robiło miłe lub niemiłe wrażenia na ich wyobraźnię, to im się częstokroć odświeża nagle w pamięci i, mimo siwizny swojéj, lubią o tem pomyśleć i mówić do innych. Wspom-