Strona:Maria Konopnicka - Hrabiątko; Jak Suzin zginął.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.


Poczem przepadł, jakby go nie było.
Skoczył Malewski, skoczył Baranowski i inni, rotmistrzowie poszeptali z wodzem, i ruszyliśmy stępa, wbok nieco poza faliste wzgórza się biorąc, które między nami a Salichą stały.
Tymczasem zaczęło pogrzmiewać. Zrazu zdaleka, potem bliżej coraz. Szła burza. Gęsty mrok opuścił się teraz na ziemię. Przeszywały go błyskawice nagłe, rażące.
Zawichrzyły się zboża, grube krople deszczu zaczęły kapać, rzadkie i ciężkie.
Hrabiątko jechało tuż przy mnie. Z trudnością wstrzymywał swego ogromnego ogra, który się wspinał i rżał w pole.
Nigdzie głos nie rozlega się tak szeroko i tak osobliwie, jak w wołyńskiem polu. Wzgórza podają go dolinom, a doliny wzgórzom, przeciągłem, słabnącem i znów wzmagającem się echem. Wprost jakby kto organu w pustej nawie tknął...
Nagle oślepił nas, ogłuszył błysk i huk. Piorun uderzył gdzieś blisko.
Nigdy nie zapomnę Różyckiego w tej chwili.
Zdjął czapkę, białe jego czoło zaświeciło w mroku, wbił w niebo oczy siwe, wielkiemi ogniami płonące:
— Komu ten grom, Boże Wszechmogący? — zawołał silnym głosem. — Nam, czy im, Panie?
— Im!... Im!... — krzyknęli nasi.
Hrabiątko zbladło, jak chusta.
Jenerał podjechał ku nam już z dobrą fantazją.
— A co? — zapytał. — Strach...