Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/204

Ta strona została uwierzytelniona.


dnej ręce trzymał miecz, a w drugiej uzdę. Hełm okrywał mu głowę, na piersiach miał złocistą blachę. Koń rycerza także pokryty był zbroją i stąpał zwolna, raźno parskając. Rycerz jechał chwilkę w milczeniu, a potem zaczął śpiewać. Głos jego był jakby szczęk żelaza i szum skrzydeł wielkich, wielkich ptaków. Śpiewał o bojach, o zamku swoim, który ochraniać trzeba było przed najezdnikami, o krzywdach biednych rolników gnanych w jassyr, o pożarach i klęskach. A potem śpiewał o łupach bogatych, o niewolnikach nieprzyjacielskich, o zdobyczy bojowej, o sławie. A kiedy tak, proszę ojca śpiewał, zdawało mi się, że gdzieś słyszę okrzyki i wrzawę i głosy trąb i bicie w bębny i wołanie o pomoc. Aż wszystko nareszcie zagłuszyły dzwony. A kiedy dzwony zaczęły bić, rycerz zdjął hełm z głowy, a ja ze ździwieniem ujrzałem, że to był ten sam oracz, tylko jakby zmieniony nieco w tym wojennym rynsztunku!
I biły tak dzwony daleko, szeroko, sławiąc rycerza i jego wielkie męstwo, aż na-