Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/131

Ta strona została skorygowana.


Od bramy Ś-go Łazarza wysuwają się dwa szeregi białych i czarnych postaci, niosąc światła i krzyże, z głowami w kapuzach, zamykających twarze płócienną, czarną, albo białą maską, z której oczy tylko błyskają dziwacznie posępnym blaskiem.
Nad nimi chwieją się mary zarzucone kwieciem, za nimi płyną psalmodyczne szmery. Z szeregu do szeregu, z ust zakrytych do ust, podają sobie penitenci ponury recytatyw śmierci:
...Miserere mei, Domine... Miserere mei!...
Zaledwie wszakże przeszli szerokość gościńca gwar życia wybucha z nową i niewstrzymaną siłą. Huk wozów głuszy pogrzebowe echa; słychać trąbkę i bęben żołnierzy, maszerujących do blizkiego fortu, krzyki mulników, śmiechy kobiet, setnych głosów wrzawę. Dzieci zawzięcie tańczą swoją farandolę.
Rankiem za to bywa na tym cmentarzu cicho i spokojnie. Rankiem, wśród czarności jodeł, świeci nad nimi żywy szafir drobnemi szybami i słońce upada z wysokości, siejąc się złotym pyłem po grobowych płytach. Głosy życia dochodzą i teraz wprawdzie, ale innej, czystszej, godzącej się z temi miejscami natury. Słychać wtedy pogwizdywanie kosów, monotonną śpiewkę starego, współobłąkanego grabarza, który w progu kaplicy krzyżyki z jaworu struże, słychać oddalone echo bijących kijanek, któremi nad brzegiem Druencyi, na kamykach stojąc, praczki chusty piorą.