Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/34

Ta strona została skorygowana.


W oświetleniu tem, jak oko sięże, ogromna przestrzeń wód, z których występują piasczyste podłoża, już to w grupach, już oddzielnie. Cały obszar morza pogrodzony głęboko w plecione z trzciny błotnej jazy i uchody. Woda szoruje przez nie, zostawiając muły, długie warkocze traw morskich i niejedną rybę. Te przejrzyste, obwieszone ruchomą zielenią płoty dzielą tu morze tak, jak na łanie chróst dzieli chłopskie sznurki żyta i jęczmienia.
Na ławicach, siwych od piasku, nędzne rybacze szopy. I na nie dały „paludi” swą szumiącą trzcinę. Po dwie, po trzy w kupkę zbite, szopy te tworzą wysepki ciemniejsze, które, w miarę jak płyniemy, zdają się chwilami odrywać i w tej dziwnej szarości powietrza trącać o siebie wzajem. Pochyło wbite do wiązania czółen koły sterczą, jak topielce z wody.
Tu owdzie pomknie łódź rybacza, dwupiórem wiosłem gnana; tu owdzie zawrzaśnie z jazów rybołówka krzykliwa; tu owdzie zarysuje się dziwaczna sylweta przygarbionego na czatach szczudłaka. I nic, i cisza, i dokoła wielka pustka wodna. Krajobraz osobliwie wnikliwy: coś jakby karta, wycięta z księgi owych czasów, kiedy korab osiadał, chwiejąc się, na Araracie, a z wód potopu wynurzały się pierwsze zamulone ziemie.
Taki jest widok lagun tych ogólny, na odległość wzięty.