Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/35

Ta strona została skorygowana.


Ale już od „Mutaron”, jednej z większych ławic, którą morze rozkrawa na dwie nierówne części, jak Ren Bazyleję, widok ten ożywia się znacznie. Przepływamy teraz część lagun, zwaną „La Tajada”, mając na lewo cały system tępych, dziwacznie pokrajanych ławic.
Statek nasz trąca niemal o piaszczyste wzgórza. Rybacy patrzą na nas, a my na nich. Jest to lud dorodny, o małych, okrągłych czaszkach, bardzo śniadych twarzach i głęboko czarnych oczach. Mężczyźni plotą jazy, naprawiają czółna, chłopaki zwijają sznury, rozciągają siecie, wylewają wodę z chwiejących się u kołów łodzi. Kobiety w wysoko podgiętych spódnicach, brodzą, jak czaple, po przybrzeżach wodnych, wygrzebując piasek, małże i pająki morskie.
Do wody idzie się tu po obiad i wieczerzę tak, jak gdzieindziej na targ. Co morze da, to się je: ślimak to ślimak, a ryba to ryba, ale i to drobiazg tylko, bo sztuka co grubsza na sprzedanie idzie.
Nędza tu wszędzie, aż piszczy. Za matką włażą do wody małe umorusane berbecie, między które kobieta zaraz na miejscu dzieli, co wygrzebie z piasku. I one też na swoją rękę po mieliznach plondrują, łykając, co się da, za plecami matki. Gdzie niegdzie wije się wązka smużka dymu, z palonej wprost na piasku trzciny, przy której się polenta warzy z garści kukurydzy. Gdzie niegdzie młoda dziewczyna ko-