Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/352

Ta strona została przepisana.


Nie objął przynajmniej na stałe. Zaraz bowiem po zaślubieniu pięknej śpiewaczki opuścił Drezno dla Lipska.
Cofnijmy się jednak do Zittau, rodzinnego miasteczka Marschnera i do czasów, w których pobojowiska pod Lützen i pod Breitenfeld, świeżo kulami zorane, zazieleniły się po raz pierwszy niemal, świeżą, bujną runią. Była to epoka silnego rozkwitu romantyzmu w muzyce niemieckiej. Pieśni i ballady brzmiały wieczorami z każdego okna i z każdego ganku. Szczególnie wszakże piękne i świeże były te, które się rozlegały po ratuszowym placu, z dworku starego tokarza Marschnera, kiedy na ferye i święta przybywał z Lipska syn jego, Henryk. Zbierało się wtedy w dworku muzykalne grono kumów i kumoszek na cienką kawę i na gruby placek, a młody Marschner grał gościom na rozbitym nieco, panieńskim jeszcze klawikordzie pani Chrystyany Marschnerowej, z domu Cassel, śpiewając przytem tak pięknym głosem i tak przejmującym, że co młodsze mieszczaneczki spać po tem śpiewaniu nie mogły, a wszystkim pannom, z końca w koniec miasta śniły się smoki, zaczarowani królewicze i rozkochane w trubadurach księżniczki. Oklaskiwano tedy bardzo młodego „Heinza,” a to tem bardziej, im słodszą była cienka kawa, a placek im był grubszy. Głosy nawet słyszeć się dawały, że stary powinienby nie na jakiegoś tam kauzyperdę syna kierować, lecz na organistę.