Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/360

Ta strona została przepisana.
Jak słońce zimą w Gorycji wschodzi.


..............

Pierwsze dnia hasło przylata do Gorycji z Tyrnowskiej wyżyny. Jest to jakiś dech jędrny i niezmiernie świeży, który w przeciwstawieniu do ciepłych podmuchów, jakie noc z morza na kotlinę miasta niosła, wydaje się przenikliwym i nad miarę ostrym. Natychmiast zaczyna się znaczny ruch w powietrzu, coś jakby rozgarnianie i przecieranie ciemności, zrazu leniwe, senne, bezwiedne, potem coraz wyrazistsze, coraz szybsze, coraz więcej w jednym kierunku skupione, aż wzdłuż całego grzbietu tej olbrzymiej, potopowi współczesnej, koralowej rafy, która się zowie Tyrnowską wyżyną, zamajaczy i rozbieli się, niby srebrna skrzela, wązka a długa smuga perłowego brzasku.
Wtedy to potężnemu świerkowi wzrostem równa, wielka thuja w ogrodzie przy Via Dreossi,