Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/363

Ta strona została przepisana.

idzie z Tyrnowy. Idzie cała przejęta żywicznym tchem borów, śmigła, i mimo późnego nieraz wieku prosta, jak jodła gonna.
Idzie bladawa, zwiędła, z jasną, odwiniętą w górę rzesą nad zmrużonem nieco, przywykłem do przebijania leśnych ciemnic okiem, w ciemnej wełnie lub w tkanicach kupnych, a kiedy się odezwie, to właśnie jakby kto po boru hukał.
Od północy przychodzi baba z Wowcy, z Laźny, z Dragi, z Lokawca, z Plavy, z Zagorja, z Pustali.
Przychodzi zziajana, smagła, w półkożuszku owczym lub kozim, głowa w grubej chuście, ręce za pazuchą, nogi w butach i kuczbajach.
Na jej lewem ramieniu kołyszą się długie, gibkie sondy, u których wiszą blaszanki z mleczywem, po dwie, po trzy, po pięć u każdego końca, brząkając i dzwoniąc o siebie, tak, że w tym zgiełku krzyczy, jak ogłuchła, gdy do drugiej gada.
Z południa przychodzi baba z Lippy, z Skérbiny, z Grajowej Doliny (majątku hr. Coroninich), z Ivanigrodu, z Temnicy.
Ta niesie najwcześniejsze, lub najpóźniej świeżo zachowane warzywa, największe jaja, najżółtsze sery i najświeższe osełki masła. Niesie także jakąś cichość i pogodę w czarniawej, o siwych, przejrzystych oczach twarzy, bo życie tam w jej stronach lżej upływa, na przyjaźniejszym osadzone gruncie.