Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/365

Ta strona została przepisana.

Od południa ciągnie baba wtedy aż od Zgonika, Lipicy, Precnika, Kobylej Glavy, Krepla, Zekanca i Velkego Dolu. Z dalekiego zachodu tylko nie przybywa baba, bo ta w Mernie i w Gradisce „święte schody” i wielkie odpusty ma z tamtej strony Sączy; chyba, że na jarmark puści się ich kupka aż z Rudy, co się tam klinem wbita między Perteole a San Vincentino.
Otóż wiedząc, zkąd baba do Gorycji ciągnie, i pytać już nawet nie trzeba, jakiego jest rodu. Ten ci to ród, który wydał baby, ciągnące od Krzemionek, Podgórza, Łobzowa na krakowski rynek, a i te także, które ciągną przez most od Pragi, od Grochowa, od Wawra, z tobołkami, kobiałkami, na wozach i pieszo. Ten sam ród i mowa podobna. Tak podobna, że nie raz, nie dwa, tym samym zgoła wyrazem, wpadnie ci do uszu. Tylko, że baba tutejsza jeszcze się sprawniejszą w języku być zdaje. Jeśli u nas babią mowę do młyna równają, tu można ją dobrem prawem równać do tartaka. Tak to zgrzyta, trzeszczy, szypi, tak lecą, trocinom podobne, te wyrazy krótkie i najeżone mnóstwem spółgłosek, z taką ostrą wibracją przelatuje „r” w tych wszystkich: „prvich,” „drzlich,” „vrchnich,” „rvnich,” „mrzlich” — sznury zdrowych zębów.
Kiedy baba mówić zacznie, to ci takim gradem słów odrazu sypnie, że wyraz od wyrazu odskakuje, odbija się, toczy, jak ten groch rozsuty. A drugie tyle tylko, że zdążą wtrącić: