Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/367

Ta strona została przepisana.

widzieć jedną kulawą babę, z nogą silnie nadwerężoną, aż gdzieś w biodrze samem, tak, że każdy jej krok upadkiem być się zdaje, a tak wygimnastykowaną w karku, że bez troski kosz jaj na głowie niesie, zlekka tylko machając to prawą, to lewą ręką, właśnie jak wioślarz na dużej wodzie czyni.
Nie samo chromanie bowiem, choć tak ciężkie, ale niemożność niesienia kosza swojego na głowie, jako inne noszą, to dopiero czyniłoby ją we własnych oczach kaleką.
Ciągną tedy baby do Gorki Gorycy, a świat jaśnieje coraz. Powietrze nie nabrało jeszcze błękitem i złotem, ale, jak kryształ czyste, zdaje się własną przejrzystością świecić.
Jakiś ton ametystowy obrzeża wszystkie kształty. Długie rzędy cyprysów starego cmentarza, z okna przy ulicy Dreossi widne, przybierają lekko fijołkową barwę i jak zwinięte kielichy olbrzymich irysów stoją tam, na tym pustym czworoboku, z którego usunięte krzyże i z ziemią zrównane mogiły tem więcej zostawiają miejsca dla jakiegoś beznadziejnego, ślepem skrzydłem bijącego w tej pustce — smutku.
Cyprysy zdają się chwilami poruszać, topnieć, oddalać, wsiąkać w liljowość powietrza, właśnie jakby odejść chciały z tego dziwacznego miejsca, gdzie niema ni życia, ni śmierci...
Ale to oczarowanie wzroku na wskroś przebija bardzo jasny i bardzo cienki dzwonek. To