Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/368

Ta strona została przepisana.

sygnaturka na blizkim kapucyńskim konwencie kołace się tak wpółpoomacku, wypędzając sen ze wszystkich zakątków, jak natrętny egzorcysta. Zabrzęczała raz — i cisza. Zabrzęczała drugi raz — i znowu cisza. Ale kiedy się odezwała raz trzeci, wpadł jej w rzecz wielki dzwon wieży kościelnej, głęboki, pełny, silny, poczem drugi, trzeci i jeszcze, i jeszcze jeden, aż się utworzyła jakaś muzyka wietrzna, szeroko rozkołysana, w całą tę szklaność poranku spiżem bijąca.
Tymczasem w oddali słychać huk głuchy po zmarzniętej drodze.
To wozy do miasta ciągną. Na wozach tych bywa ładunek mąki, skór, pak cukru, beczek spirytusu, piwa, ale najgęściej wielkie na grubych ligarach położone: kloce dębów, buków, jodeł, jakie się u nas ledwo w najgłębszych i najlepiej zachowanych borach wyjątkowo trafić mogą. Prawiekowy ten ciężar pochodzi przeważnie z wyrębów wielkich leśnych rewirów rządowych, które, obejmując całą krainę: Karyntję, Istrję, Dalmację i dawniejszą Illirję, dziś Pomorzem zwaną, rozciągającą się od dziedziny jelenia, u salcburskich granic Karyntji, do dziedziny szakala, w południowej Dalmacji, koło Sabioncello. Taka przynajmniej gadka chodzi o tem w Panowickiem leśnictwie, które jest głównym węzłem całej sieci administracyjnej tych niezmiernych borów.
U wozów widać woły siwe i płowe; głowa ich mała, gardło obwisłe, szerokie krzyże, nogi silne