Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/370

Ta strona została przepisana.

kiś radosny, lekki, ciekawy, pogląda po straganach, po kramach, to znów głowy podniesie i zapatrzy się w niebo, cały złoty, w tym lnie siwym, od promiennej dnia pogody.
Ot zwyczajnie „Wuci did”, wilczy dziad, wołykita taki, co to już na młodsze ręce pracę i dobytek zdał, albo—li też zgoła co i komu zdawać nie miał i tak sobie luzem po świecie chodzi, śmierci czekając.
Taki ma zwykle silny typ słowiański, znacznie czystszy, niż to u bab bywa. Spotkasz się z nim, to ci się gwałtem chce „pochwalony” rzec. Ale on, gdy przemówisz, nic nie odpowiada. Zbyt go to zaskoczyło nagle. Musi się wpierw namyśleć. Słyszeć, słyszał, ale nie wie, czy nie tuman jaki, nie złuda...
Staje tedy, patrzy na ciebie, a jakiś blask niepewny zapala się w jego siwych albo modrych oczach.
Przechodzisz, a on precz stoi, a za tobą patrzy. Możesz wrócić za kwadrans, za pół godziny, on jeszcze tak samo stać i patrzeć będzie.
Ma bowiem w sobie całe, przez wiele, wiele pokoleń zebrane pokłady szczerosłowiańskiej inercji ludowej, przez którą właśnie trwa typ jego, a i bieda także.
Dokąd ciągną baby, wozy, wilcze dziady i przekupnie rankiem?
Na „trawnik” ciągną. To bowiem, co się w Gorycji nazywa „Piazza Grande”, „Markt Platz”