Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/371

Ta strona została przepisana.

i jak tam kto raczy mienić tę najpokaźniejszą część handlową miasta, u tej ludności, która o świcie do „Gorycy” dąży, jest zawsze jeszcze łąką, trawnikiem.
Łaką, trawnikiem było to istotnie kiedyś, przed stu, może przed dwustu laty i dalej het precz, jak tam pamięć sięgnie. Dla bab wszakże i dla wilczych dziadów tak nagłych zmian niema. Kamienice, bruki, kramy, urzędy, wielkie mury po-jezuickigo kolegjum i kościół tegoż zakonu — co to wszystko wobec tradycji znaczy? Był trawnik i jest trawnik. Ot co!
Tymczasem z wyżyny Karstu zaczynają spadać mgły, jak woda, i jak woda zalewają podnóże jego.
Kąpią się w tej powodzi srebrzystej winnice i oddzielnie rozrzucone domki, a sama góra błękitnieje coraz, coraz ciemniejszą występuje linją. Wtedy na tem morzu mgły ruchomej Karst, jak tułów olbrzymiego korabia, zdaje się chybać, kołysać, unosić... Chwila jeszcze, a odpłynie.
Ale już na wschodzie różaność jutrzennej zorzy roztapia się w coraz złocistszej, coraz przenikliwszej bieli. Żywym ogniem podbite chmurki z pośpiechem ulatają na zachód, w powietrzu modrem, cichem...
Z owej srebnej skrzeli na potężnym grzbiecie Tymowskiego płaskowzgórza świecącej, wynikają ostre, rozsczepione promienie, jak w monstrancjach