Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/412

Ta strona została przepisana.


szy własnej, lubi sobie uświadamiać jej każdochwilowe stany, i w tem właśnie może leży tajemnica twórczości jego; krytycyzm jego, jego analiza, nie sięga przecież nigdy, aż do dna tej duszy, do tych rudymentów, które-by musiał znaleźć wspólnemi z instynktami i popędami tłumu. Zniósł-by raczej pchnięcie nożem, niż owo Diderotowskie „moralne klepanie po ramieniu”, to poufalenie się z sobą natur pospolitych, szorstkich, codziennych. Mówiąc o sztuce, miewa dreszcze kobiety nerwowej; mówiąc o życiu — uśmiechy sfinksa; mówiąc o ludzkich sprawach — wzgardę bożka.
Ze znajomości z tobą nic mu nie przyjdzie, ale chciał-by cię oczarować, przykuć, urzec, wywrzeć na ciebie coś z tej siły, która jest poezyą jego. Na co mu to? On sam nie wie. Potrzebuje czarować i oczarowaniom ulegać — oto cała tajemnica tej istoty kapryśnej, wykwintnej, w dyssonansach nawet zharmonizowanej, którą pospolitość ludzi i stosunków ludzkich na samotność niejako skazuje.
Inaczej wszakże się dzieje, jeśli zamknięcie pracowni pochodzi ze zbytniej draźliwości na to, co powiedzą ludzie.
Artysta, nawiedzony plagą tej małostkowej obawy, sam nie wie jak się ma i co mu czynić należy.
Chce ktoś widzieć pracownię jego. Chce napisać o niej. Hm!... Było-by to dobrze. Było-