Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/154

Ta strona została uwierzytelniona.


zorza, z której wrębów zaczęły setne race w niebo szyć, z trzaskiem w kolory pękać i cicho osypywać się w morze bukietami irysów, róż i złotokwiecia.
Tłum pogarnął się teraz jedną falą w stronę, skąd ognie puszczano. Ognie zaś puszczano z wielkiego gabaru, który cicho o zmierzchu z Cherbourga przypłynął, a teraz grzmiał cały, gorzał i wyrzucał z siebie gwiazdy, słońca, tęcze, płomienie, smoki i fontanny ognia, trzymając wszystkie oczy na powietrzu, wszystkie usta otwarte zachwytem, wszystkie serca w zupełnem oczarowaniu. Huragan okrzyków, oklasków witał każdą zmianę. Pędraki i »mousse’y« miotały się wrzeszcząc jak szalone. Dziewczęta, ogłupiałe do szczętu, zbiły się owczą kupą i trwały w niemej ekstazie.
Starzy rybacy z zadartą wysoko głową, stali na szeroko rozstawionych nogach, jak w ziemię wkopani, a choć fajki pogasły, nikt nie dbał.