Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/155

Ta strona została uwierzytelniona.


Wtem od zachodu uderzył mały wiatr i postrzępił morze w drobne, ciemne, niespokojne rzuty.
Niebo się zaciąga, pochmurza, wiatr rośnie, wzmaga się, tężeje, zatacza tu, to tam, jakby szukał drogi. Wpadł wreszcie na prąd i zatargał morzem. Fale zaczęły bić twardym, mocnym rytmem, wypychając z przepaści coraz grubsze mroki. Wielka pulsacya Nieskończoności.
Wielkie velum nocy.
A tam u »Roches Noires«, w najbardziej zatraconym w czarności skał punkcie, samotna łódź wpracowywa się w morze, przeciw wiatru. Widzę ją zrazu jak cień, potem jak widmo cienia. Nagle błysk. Ogromne elektryczne słońce zalewa niebo i ziemię skrawem białem światłem. W świetle tem spostrzegam stojącą w łodzi atletyczną postać samotnego wioślarza, któremu nad obnażoną głową sterczy okiść związanych u czuba czaszki włosów.