Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/164

Ta strona została uwierzytelniona.


Czasem krzyk, krzyk przenikliwy, ostry, jakby nie z piersi, lecz z rany śmiertelnej wyrzucony. Czasem szept pełen nieszczęścia i winy. Czasem szmer sypiącego się próchna po starowiecznych, mogilnych podziemiach. Czasem płacz, płacz rodzących się Duchów na znój, na bój, na ból...
Z przepaści do przepaści biją głosy nieukojone, łkające.
Wstaje fala, podnosi się z odmętów wieczystych w niewypowiedzianym wysiłku i w męce. Wstaje fala, pędzi, wzlata, rzuca się ku niebu, i z nabraną, pełną gorzkich pian piersią mdleje i spada, śpiewając pieśń własnej zatraty.
I szumi morze i huczy, i śpiewa wielki Chór Duchów, któremu nie wtórzy ni niebo ni piekło.
...Do prawdy chcemy!
...Do sprawiedliwości chcemy!
...Do żywych źródeł chcemy!
...Do życia! Do życia!... do życia!...
Wielki chór jęku a capella śpiewa.