Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/214

Ta strona została uwierzytelniona.


I kopalnia poczuwa się do niego, uznaje go w obrębie swoim i na zmianę z Hanyskiem, nazywa go »Synek«. Że taki berbeć ma tam prócz tego jakieś inne imię, a czasem nawet i nazwisko, co to obchodzi kogo? Może być sobie Jaśkiem, Staśkiem, Wickiem, Antkiem — prywatnie; ale w publicznem, w swojem życiu, to jest na terenie kopalni, z której się wywodzi, jest zawsze Hanyskiem.
Hanysek, to nietylko nazwa. To także urząd i uobywatelenie chłopca. To jego stanowisko polityczno-prawne. To przyznanie go za swego, gremialne wprawdzie i zwyczajowe niewielkie, które przecież w obrębie kopalni ma wigor nie gorszy wcale od notaryalnego. Przyznanie owo niewiele zapewnia przyznanemu zysków i korzyści. Właściwie tyczy się jego honoru, ale nie jego strawy i nie jego koszuli na grzbiecie. Stąd Hanysek jest zazwyczaj przeraźliwie chudy i równie przeraźliwie brudny. Jest to nawet rzecz cał-