Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/38

Ta strona została uwierzytelniona.


się, podrzuca sobą, skręca się, rozkręca, podbija, w twarz ci prawie skacze, i naraz — przepada. Już go trzymasz, jeszcze nie twój. Z ręki ci się wyśliźnie, cóż z siatki! Tylko wielki przypływ, »la grande marais«, rzuca węgorka daleko na piaski. »La petite marais«, ledwie go do wideł donosi. Tam go więc chwytać trzeba w pierwszym momencie odpływu, kiedy żwiry są jeszcze rzadkie, ciekłe, rozrobione morzem. Biegiem do niego trzeba, w chodakach bosonóż obutych, w krótkiej, rybacką modą podgiętej odzieży, nie pytając gdzie i którędy, przeskakując małe zalewy, trzymając się na umykających pod nogą piaskach, rzucając podrywką bacznie, niepochybnie, silnie, łowiąc go naraz w wodzie, w powietrzu i w żwirach, w pierwszym jego oszołomieniu, w pierwszych zaraz drgnieniach, tak bystrze, tak zwinnie, tak chytrze, tak nagle, jak on sam.
Połów na węgorki odbywa się zawsze gromadnie, bo tu chwila płaci. Więc