Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/43

Ta strona została uwierzytelniona.


Wiąże tedy podrywki, plecie kosze, narządza stare niewody i wpół przegniłe więcierze, coraz rzadziej wzywana, coraz gorzej żywiona, coraz mniej przydatna, aż całkiem od niej robota odpadnie. A wtedy idzie stara sieciarka nad morze, i na piaskach siada, łokcie na kolanach, ręce pod brodą, i duma.
...Morze ogromne, huczące... A wszakci je ona przepuściła przez oka swych sieci, kropla po kropli, fala po fali, całe, niezmierne, wielkie, jak je rozlał Bóg...
...Morze nieprzebrodzone, bezdenne... A wszakci jej siecie chodziły, nurkowały po niem, wypatrując obłowu milionem swoich pustych, pustych oczu... Milionem oczu, które zadzierzgnęły jej wyschłe, wyschłe ręce.
... Cały żywot przeciw morzu iglicą knuła, a teraz na łaskę jego...
...Morze jest miłosierne, jest dobre, żywiące. Morze nie wyrąga: »stara! stara!«... Samo stare. Gdzie! Wieczne...