Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/45

Ta strona została uwierzytelniona.


walących się wód, wlepiając w ślepy żywioł wpółoślepłe oczy. A kiedy huk ucichnie, a fala pluć przestanie, zczołgują się na opuchłych nogach niżej, coraz niżej, i chciwie, poomacku, szukają w mokrych żwirach — krabów.
Silniejsze, śmielsze, dochodzą aż do oślizgłych wiązań starej tamy, gdzie czepia się gęsto czarna skójka morska, która zaś na fajerkę rzucona, otwiera się z cichym trzaskiem i ukazuje smakowite wnętrze. Ale że przed chłopakami nie łatwo co dostać.
Chłopaków w starej tamie zawsze pełno.
Okrakiem na słupach siedzą, jak małpy wiszą u belek, u dylów, po trzech, po czterech włażą sobie na ramiona, na plecy, kłócą się, biją, wrzeszczą, za łby drą, rozdziewają się, kąpią w dołkach, chlustają dookoła wodą i błotem, a skójki na surowo jedzą zaraz z miejsca, nie licząc, że każdy pełną ich torbę do domu matce niesie.