Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/47

Ta strona została uwierzytelniona.


ani słowa. Wkrótce też jakoś utonął ów straceniec u angielskich brzegów, zaczem ofiarowali starzy Toutainowie drugiego.
Ten był najmłodszy, słabowity, i zakochany w małej sąsiadeczce. Opierał się zrazu, ale matka znów usta zacięła i zamilkła i nie było rady.
Poszedł tedy za wolą rodziców i już klerykiem został, kiedy go w dwudziestym drugim roku życia suchoty dogryzły.
Ten to kleryk — nieboszczyk, wisi w paradnej izbie domu aż w dwóch wielkich egzemplarzach bardzo brzydkiej i bardzo czarnej fotografii, okropnie wychudzony, z głęboko zapadniętą skronią i z oczyma pałającemi śmiertelnem zarzewiem. Jest straszny.
Co do »petit Jean«, ten zachowuje pełną powagę »ofiarowanego«, nawet idąc na węgorki.
Trzymany za rękę przez matkę, statecznie stąpa na cienkich nogach, w płytkie sabocięta obutych, w długim czarnym