Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/78

Ta strona została uwierzytelniona.


krzycząc, umilkli i stanęli. Za nimi stanęli inni. Wyciągnęły się szyje, wytrzeszczyły oczy, na twarzach wymalowała się groza.
Chwilę stał tak ten tłum niepewny, cichy, jakby skamieniały, poczem głowy zaczęły się chwiać, a z ust do ust szedł głęboki, stłumiony poszept:
Le gosse!.. Le gosse!....
Wszystkie oczy pobiegły teraz ku nieszczęsnej matce, kilka kobiet wracało się spiesznie, aby ją trzeźwić i ratować.
A tymczasem, po szerokich, rozległych piaskach, pod siną jasnością burzliwego nieba, szedł stary rybak z odkrytą głową, szarpany wichrem, zgarbiony pod swoim strasznym ciężarem.
Tego momentu, tego nieba, tego obrazu nigdy nie zapomnę.
Nagle krzyk bezpamiętny, szalony...
Mère Toutaint leciała z rozpostartemi rękoma wprost na ten mur ludzki, który jej sobą rozbitków zasłaniał.