Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/97

Ta strona została uwierzytelniona.


I oto kobieta tęskni dla samej tęsknoty. Jest nią oczarowana, opętana, urzeczona, blednie, wątleje, staje się obojętną na wszystko, co ją otacza.
Jest chora.
Chora na dalekość, — jak w swojej zwięzłej, a głęboko psychologicznej dyagnozie określa Mère Toutaint. A morze odchodzi coraz dalej, dalej, a mroczna, drgająca otchłań czyni się coraz większa, coraz ogromniejsza, a huk i szum z coraz nieskończeńszych bezkresów dolata. A tam, na widnokręgu majaczy zawsze jakiś mglisty, mglisty żagiel, jakaś wizya żagla, który rozpływa się, rozwiewa, niknie i znowu pojawia na pustej, niezmiernej, tajemniczej dali, w którą leci wzrok i pieśń Ivetty:

...Or elle n’a plus son âme.
Elle est restée en mer...