Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/147

Ta strona została skorygowana.


Porwała się z wysoko usłanych poduszek i na łóżku siadła.
— Jezu... Jezu... — zaszeptała nizkim, dyszącym gorączką głosem. — Co się to porobiło?.. Co się to stało?..
Zgarnęła rozrzuconą koszulę na piersi i wodziła po izbie niespokojnemi, szeroko otwartemi oczyma.
W izbie nie było nikogo. Mały ogień dogasał na kominie, pełgając modro po niedopalonych głowniach. Żółty kudłaty pies węszył ostrożnie po niezmytych garnkach, trącając nosem zostawione w nich warząchwie i łyżki; w sionce, za drzwiami słychać było furkot i trzepoty kur, gnieżdżących się po wyszkach i grzędach.
Dzień gasnął. W sinej jasności, która się sączyła przez mętne szyby małego okienka, szczupła i śniada twarz siedzącej wprost niego Krysty zachodziła