Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/177

Ta strona została skorygowana.


Ale ją ten własny szept przeraził, jakby huk stu dzwonów.
Skuliła głowę w ramiona, zmrużyła rzęsy, i obróciwszy się nagle na szarość i siność pól, które leżały za nią, zaczęła iść spiesznie i cicho.
— Czego lecisz?... — zawołał Walek. — A czekajże! Hej... Krysta!... Powiedz tam Antkowi, żem do Kościelnicy do Pawłów poszedł!... Marcychnę nastraszyć!... Hej...
A wtem go schwycił nowy paroksyzm kaszlu i do ziemi przygiął.
Krysta szła. Topole, droga, szare bezsłoneczne niebo, wioska modrzejąca w torfowych oparach, wszystko to kołowało przed nią. Cofnęła raz i drugi głowę mimowolnym ruchem, bo jej się zdawało; że lada moment zwali się co na nią, że się wprost czołem o to wirujące powietrze uderzy. W uszach miała szum, jakby wielkiej wody, a w piersiach taką pustkę i taką czarność, jak kiedy kto głęboki dół w ziemi wybierze.
Nie czuła nic, ani troski, ani radości, ani zmęczenia; wiedziała tylko, że musi iść, iść...
Szła tedy prędzej coraz. Topole migały jedna za drugą, szare, bezlistne, jednostajnie wyniosłe i drobnemi gałązkami chwiejące. Każda się z nich zbliżała z cichym delikatnym poszmerem, i mijała, szepcąc, idącą śpiesznie Krystę. Ledwie ją jedna minęła, już druga szła.
... Na Mosty poszedł... Na zachód słońca będzie... — szeptały wszystkie. Pełne powietrze było tego szeptu.