Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/244

Ta strona została skorygowana.


Ale dziś takiej kapitalnej sprawy nie było. Dość spojrzeć na jednego, siedzącego przy bocznym stoliku obrońcę, żeby się poznać na tem.
Trudno istotnie o dyskretniej ziewające usta i bardziej zmrużone oczy, niż je miał pan ten, oglądający najpierw paznogcie lewej ręki, potem paznogcie ręki prawej, potem znowu lewej, potem raz jeszcze prawej, a wreszcie obu rąk razem.
Już po tem jednem poznać można było, że jest to obrońca dodany z urzędu. Obrońca dodany z urzędu zwykle miewa coś do czynienia ze swymi paznogciami podczas mowy prokuratora, jeśli tylko nie nawiedzi go pod tę chwilę dzwonienie w prawem albo lewem uchu.
Niekiedy także kreśli na leżącym przed sobą papierze literę S lub literę L, z niesłychaną, coraz rosnącą szybkością, o czem wszakże zdaje się sam nie wiedzieć i dopiero kiedy mu miejsca na ćwiartce zbraknie, budzi się z tego oczarowania i patrzy po obecnych lekko zdziwionym wzrokiem.
Minuta ubiegała za minutą, małe trzaskanie płomyków gazowych odzywało się jednostajnym szmerem, z ławki, w której siedzieli świadkowie, dobywało się silne sapanie, przerywane od chwili do chwili nagle urwanem chrapnięciem. Czerwonem suknem nakryty stół jarzył się od świateł, od błyszczących lichtarzy, kryształowych przyborów do pisania, od rzniętej karafki i szklanek odrzucających małe tęcze załamanych świateł, a nadewszystko jarzył się od bogato