Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/250

Ta strona została skorygowana.


czyć, ponieważ i to co mówi poważnie, ma w sobie coś ze smutnego żartu, i to co mówi żartem ma surowość rzeczy koniecznych i nieuniknionych. W ogóle podobnym on jest do człowieka, któremu chce się gorzkich drwin z samego siebie.
Niepoczesna to była figura: klienteli prawie że nie miał, w kancelaryi swojej pusty stołek przed dodatkowem biurkiem nie wiedzieć po co trzymał, bo pomocnika, jako żywo, nie potrzebował, i niewiadomo nawet, czyby się zgodził z kim innym, niż z tym pustym stołkiem.
Powstawszy, pan obrońca przerzucił głowę z lewego ramienia na prawe, rozszerzył usta w jedną stronę, rozszerzył w drugą, podobnie jak to czyni szewc ciągnący skórę, strzelił wzrokiem w bok, wprost w haftowany mankiet porządkującego notaty swe prokuratora, i rzekł bezbarwnym, obojętnym, nieco rozwlekłym głosem:
— Zadanie moje, wysoki Sądzie, jest nader łatwem zadaniem, powiedziałbym nawet, zadaniem wdzięcznem, gdyby nie było rzeczą uznaną, że wszystkie wogóle zadania ludzkiego życia są rzeczą niewdzięczną. Ale o to — mniejsza.
— O cóż tu idzie? Idzie o zjedzone masło i sery. Jako obrońca dodany z urzędu, pojmuję całą ważność tego przedmiotu i winy powierzonych mi klientów bynajmniej zmniejszać nie myślę. Świetna mowa pana prokuratora nie dozwala mi nawet tej alternatywy. Skoro zło małe jest tem samem co i zło wielkie, po co je zmniejszać, pytam? Czy nie byłoby to