Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/258

Ta strona została skorygowana.


«Mama», mówił tak ot, z głupoty, z nawyczki tylko; sierotą bowiem był i ludzie go tak ot przygarnęli, z miłosiernego serca i wedle gęsi, które lis po przydrożkach chwytał; do stadka zaś swego tak przywykł, że je uważał za najbliższe przyjacielstwo swoje, i tego tylko żałował w tej chwili, że gęsi jego tych dziwów nie widzą.
Tymczasem Ustim pilnie nastawił uszu: zdaje mu się, że o chlebie mowa.
Natychmiast uczuwa mdłość wielką i wciągnąwszy w siebie brzuszynę, zawściąga «pojaska», który mu pod żebra opadł.
— A co? — myśli, przerzucając się od strachu do nagłej otuchy — a co? Dadzą może chleba, taj puszczą!
Spojrzał ku stołowi podejrzliwie, badawczo.
— E... może i nie dadzą! Nie widać jakoś, żeby chleb gdzie leżał... Gdzieżby!
Wątpliwość uderza w niego z nową siłą. Mimo wszystko, nie czuje się on tutaj dość bezpieczny. Już to tam nie poradzi! Już to tam prędzej będzie źle, niż dobrze! Ogląda się zwolna w bok i spostrzega przy drzwiach żołnierza. Natychmiast z szybkością błyskawicy spuszcza oczy i zaczyna silnie mrugać długą, jasną rzęsą. Powieki jego wyglądają w tej chwili, jak cienkie z śmiertelnym pośpiechem bijące w żarze skrzydełka ćmy nawpół spalonej.
Nagle słyszy, że do niego mówią. Ten sam pan mówi, co zawołał «chadzicie». Rozumie go doskonale. Pan zapytuje, czy ten ser i masło zjedli z chlebem?