Strona:Maria Konopnicka - Szkice.djvu/113

Ta strona została skorygowana.


W powietrzu rozbrzęk gęślowy, co nie wiedzieć skąd wynika, a w piersi »srebrne i złote, lejące się tony«, co nie wiedzieć, gdzie lecą, gdzie płyną.
Czasem — niewypowiedziane rzeczy! — »słowik zawodzi, wietrzyk chucha wonią z kwieci, aż dusza omdlewa«; a tam, jakaś wietrznica wiośniana »pływa, nuci na Tychyni«, wabi, mruga na Bohdana, przyśpiewywać sobie każe

»Na ten głos ptasi, to na ten głos ptasi!«.

A gdy już utrafił w one ptasie głosy, znów przygaduje, i znowu kaprysi:

»Inaczej! Milej! Miłośniej-no jeszcze!«.

I stroi mu duszę na najpieściwsze tony majowego ranka.
A tam, pod gajem, dziewczęce słychać śmiechy. Czarują. Ani chybi, że czarować muszą, bo »po Rusałkach każda czarownica«.