Strona:Maria Konopnicka - Szkice.djvu/119

Ta strona została skorygowana.


wagę płomienia, wichru, fali, nad ciężką grudą żywota.
Uwielbią jakieś spiknięcie się, zszeptanie pierwiastku tego z mocami przyrody; jakieś wiedzenie ważne a osobne rzeczy zakrytych, wyrocznych; jakieś głębokie, tajemnicze porozumienie z siłami życia i śmierci, rodem z matek na córki idące. Porozumienie, które nie będzie miało w sobie nic ponurego, nic zbrodniczego, ale się oprze na jakiejś żywiołowej, więc prawie że bezwinnej demoniczności istot lekkich, wdzięcznych, nieodpowiedzialnych, a mających moc »zrobić, co zechcą«.
I zaroją się te pieśni rusałczanem pogłowiem swawolnych wietrznic, pływaczek, rybaczek, tanecznic, hasających na urodę po rosie, latawic, czarnoksiężnic, kąpanych w mleku na młodziku, wabiących, urokliwych, pustych, z których każda czarów umie bez liku.
I odda im się poeta duszą i ciałem, i wyuczy się, wypatrzy niemało z ich mocy.
I będzie »dla pustoty, dla igraszki, puszczał dumki, jako ptaszki«. I będzie śpiewał, »co mu się śni, i co nie śni, na zieloność wieczną pieśni«, na wieczną jej wiosnę, która