Strona:Maria Konopnicka - Szkice.djvu/122

Ta strona została skorygowana.


I oto otwiera się przed nim jakaś przestrzenność, nieobjęta, ogromna, bezkresna, wołająca w siebie na wichrowe, szalone, nieokiełznane pędy. Ukazują mu się jakieś niezmierne, świetne dale, jakieś olśniewające perspektywy zamżone słonecznym pyłem »mołodeckiej« sławy.
Spostrzega nowe cele, nowe do nich drogi; uczuwa nowe siły, nowe pożądania.
Jakaś ognistość, dzielność, jakaś męska pogarda miękkości i rozkoszy wypiera z wysoko bijącego serca dawną tkliwość, dawne rozkochanie. Wszystko się teraz żarzy, iskrzy, płomienieje. Jakaś stal wypala się i hartuje w jasnych ogniach duszy. Świat nowy krzyczy i rwie się do życia. Świat wolny, bujny, bogaty. Wola jest jego hasłem. Wola jest berłem i koroną życia.
Umilknął słowik w wiśniowym sadzie futoru, a nad stepem, nad szerokim, zakrakał brat-orzeł, brat-sokół. Sen — ziele uwiędło, opadło; wyśniła się z niego buńczuczna i orężna jawa.
Żywot uczynił się bojem. Występuje przewaga męskiego pierwiastku nad usidlającym