Strona:Maria Konopnicka - Szkice.djvu/175

Ta strona została skorygowana.


Czasem, pusty jak dziecko, wesoły, swawolny, podrzeźnia głosy ptasie, i z wiatrem stepowym dmucha w rusałczaną piszczałkę z sitowia; czasem podnosi »w górę lutnię złotostrunną«, z jarzącym wzrokiem psalmisty, a w duszy jego odgrywa się jakieś wieszcze oratoryum. Czasem, cały w płomieniach ducha, chwyta za surmę i woła:

Pieśni! Bój mi prorokuj!

Czasem chłodnie, zastyga powierzchu, jak lawa, i mówi do pieśni swojej:

Wróć w katakumby, w święte me podziemia.

Czasem wszystko mu pachnie wiosną i radością życia. Chce »kochać i śpiewać«. Czasem budzi się nagle, rozgląda i pyta:

Zaczarowany ptak, co ja tu robię?

Ma przecież pewne rysy ducha trwałe, niezmienne, wyrzeźbione silnie i odrazu widne:

Jak Bogu, nie przeniewierzę się nigdy ludowi.