Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/225

Ta strona została przepisana.

gwałtowna, pospieszna i bezładna rekwizycja. Pogrzebowo zadzwoniły aparaty gorzelniane, kotły, statki gospodarskie, i gdy wreszcie późno w noc to wywieźli — wróciłam do domu.
Przez ten czas sąsiadów jeszcze przybyło i postanowili zostać i przetrwać burzę. Dom był obozowiskiem. Każdy się lokował gdzie mógł, urządzał się na jakie takie bytowanie. Chciałam być uprzejmą gospodynią — ale po chwili zrozumiałam, że nie mam po temu ani czasu, ani możności. Ustąpiłam gościom cały dom, zachowawszy dla siebie i moich dwóch domowych towarzyszek — jeden mały pokoik. W swoim sypialnym ulokowałam chorego, który wydawał mi się bardzo podejrzanym o cholerę — czyjaś służąca tejże nocy podobnież zachorowała.
Co chwila, co godzina zbiegów przybywało. Cały dom był jak kolejowa poczekalnia na węzłowej stacji: góry tobołów, skręt ludzi i zupełny zanik wszelkich towarzyskich form. Muszę wyznać, że większej części tych „gości“ nie poznałam wcale z nazwiska, a zapamiętałam tylko najnieznośniejszych. Do „państwa“ należała też służba, konie, psy — wzmagające jeszcze chaos i panikę. Załoga