Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/58

Ta strona została przepisana.

I potem wskazał ganek młyna, gdzie biała i smukła, jak widmo, dziewczyna stała, i od blasku zachodu zakrywając oczy, patrzała ku nim.
Gdy minęli młyn, skoczyła z tej wysokości na ziemię.
— Zabije się! — krzyknął drużba.
Ale szalona podniosła się i poszła prędko, ku łąkom, jakby ją jakiś wicher gnał.
Była uciecha w chacie, skrzypki i wódka. Paraska się nie zjawiła. Były śpiewy i tańce — nie przyszła na nie. Nikt jej nigdzie nie widział.
W olszynach, kędy niegdyś pieścił ją Seweryn, leżała piersią do ziemi, bez ruchu...
Nagle zdało się jej, że szmer słyszy i ciche kroki, i szelest rozchylanych krzaków.
Podniosła głowę. „On“ stał nad nią! Czarny, straszny, z ogniem w oczach.
— Ty nie wiesz, że to moje miejsce! — zawył, aż ją mróz przeszedł po kościach. — Naznaczę cię sobie! — dodał wyciągając po nią garść obrosłą, zakrzywioną, jak szpon.
Za włosy ją uchwycił — uczuła na czole jakby ranę, jakby ogień. Zerwała się i jak zwierz, poczęła pędzić przed siebie.