Strona:Maria Rodziewiczówna - Anima vilis.djvu/159

Ta strona została przepisana.

dostrzegła rumieniec i zakłopotanie, ale nie podniosła kwestji. Po wieczerzy domowi przeszli do gabinetu na gawędkę. Antoni pomyślał o odwrocie.
— Jeżeli pan pozwoli, tobym dzisiaj rachunek złożył — zaproponował. — Lżejszem sercem spocznę potem, a do domu mię korci, bo może list od siostry znajdę.
— Owszem! Rachujmy, dzieci!
Wysypano wory miedzi i wszyscy ją zaczęli składać. Okazało się trzysta rubli. Potem Antoni dobył swą księgę i siedząc naprzeciw siebie z doktorem, liczyli. Towaru zdano mu za trzy tysiące rubli. Podał rachunek kosztów i utrzymania ludzi i koni.
— Bardzo oszczędnie i porządnie! — pochwalił doktór.
Potem obrachowali pensje eskorty, do połowy przez Antoniego nadpłacone, wartość surowych towarów i zamiany.
— Dobrze. Będzie z ciebie kupiec. Nie oszukali! — cieszył się doktór, ważąc grudki złota, podczas gdy panna Marja i Szumski oglądali skórki.
— Tysiąc pięćset rubli mam w trzosie — rzekł wesoło Antoni, dobywając paczki asygnat.
Doktór wziął do rąk pierwszy zwitek i począł liczyć. Nagle przy trzeciej zatrzymał się, popatrzał, głową pokręcił, przerzucił dalej, przyjrzał się pod światło i ręce opuścił.
Antoni oczu z niego nie spuszczał.