Strona:Maria Rodziewiczówna - Anima vilis.djvu/53

Ta strona została przepisana.

Mrozowicki. Było ich dziesięciu. Starzy, dożywający wieku, młodzi, tu wychowani lub niedawno przybyli. Większość, przeważnie starzy, mieli w oczach i głosie tępą rezygnację i spokój, reszta wyglądała zuchwale; hałaśliwi byli i zdziczali na wzór tubylców. Biedni byli wszyscy. Zajmowali się drobnym handlem, siedzieli po szynkach, służyli u kupców; starzy wegetowali z kilku rubli miesięcznej zapomogi. Na ten dzień świąteczny odziali się porządnie i zebrali się w komplecie, a każdy, co wchodził, jedno pytanie miał na ustach:
— Jakże dzisiaj ksiądz się miewa?
— Dobrze, dobrze! — odpowiadała Utowiczowa z kuchni, gdzie w zastępstwie „chorego” Siergieja przyrządzała obiad.
Ksiądz Ubysz był dziwnie dnia tego uroczysty i przytomny. Od świtu dreptał po domu, głośno odmawiając łacińskie pacierze, wertował rubrycelkę, przekładał wstążki w wytartym mszale i do nikogo zresztą się nie odzywał. Przybywający mówili półgłosem, w milczeniu witali gospodarza domu, skupieni w jadalni, spoglądali na zamknięte drzwi gabinetu.
— Będzie msza, dzięki Bogu! — szeptano z westchnieniem ulgi.
Tak co niedzieli przychodzili zawsze niepewni. Ksiądz Ubysz miewał napady melancholji, czasem fantazje dziwaczne i wtedy wcale świętej Ofiary spełniać nie chciał. Nabożeństwo odbywało się wówczas bez niego. Najstarszy odmawiał modlitwy,