Strona:Maria Rodziewiczówna - Barcikowscy.djvu/119

Ta strona została przepisana.

dział nigdy chorym, nie zdradził się nigdy, jak cierpiał strasznie, nie pozwolił sobie na chwilę wypoczynku i wytchnienia w spokoju. Pracował, rozmawiał, przyjmował i oddawał wizyty bez drgnienia, bez znaku, jak się męczył. To był bohater siły i woli! Więc, gdy przyszedł kres, wszyscy się zdumieli. Rano pracował w kancelaryi, w południe oddawał wizyty, a o czwartej umarł. Nietylko Noskow powziął podejrzenie, całe miasto! Teraz sekcya wyjaśniła śmierć, ale ja w opinii ludzkiej, na zawsze zostanę trucicielką. Stało się!
Spuściła głowę, zaplotła dłonie o kolana i umilkła zgnębiona.
Barcikowski był jak odurzony. Wszystko co był słyszał o niej, wydało mu się bezmiernym absurdem — zdaniem kretynów. Uczuł ogromne współczucie dla niej, tak okropnie pokrzywdzonej, tak łagodnej i względnej dla oszczerców.
Po chwili zadumy podniosła oczy swe przepaściste i zapytała nieśmiało:
— Pan zapewne będziesz mnie badać — zaraz?
— Ależ nie! — zawołał żywo. — Niechże mi pani uczyni łaskę i uważa za gościa i sługę. Badanie to tylko pusta forma.
— O dziękuję panu! Więc mi wolno ugościć pana. Ja się tak pana bałam, boć przecie mam coś na sumieniu!
Dotknęła dzwonka, i po chwili weszła do salonu kobieta, lat pięćdziesięciu, dość otyła, śniada, ze skośnemi tatarskiemi oczami i wyrazem głupowatej dobroduszności na płaskiej twarzy.
— To moja opiekunka, towarzyszka, niań-