Strona:Maria Rodziewiczówna - Barcikowscy.djvu/269

Ta strona została przepisana.

— A wiecie kto! To najciekawsze, Fomow!
— Fomow? Jaki Fomow?
— A ten! Były gubernator. Krewny Morduchowych.
Wacław stanął, jak wryty, osłupiał.
— Być nie może! Fomow! To jakiś bąk policyi. Toć i mojej żony krewny. To fałszywy ślad, to nie może być!
— Jak to nie może być. Toć go złapali na kolei z pieniędzmi i przyznał się.
— Przyznał się?
— Kategorycznie, bo gdy go aresztowano, w łeb sobie palnął.
— I zabił się?
— Jak drut, ani drgnął!
— Chryste Panie! Fomow morderca i złodziej.
— Dla Morduchowych nadzwyczaj nieprzyjemna sprawa — pewnie zamażą. Młody już wczoraj wyjechał.
— To okropne. Żona moja słaba, nic nie wie, muszę ją przygotować!
I poszedł wzburzony do domu, ale się spóźnił. Saszeńka już wstała, zastał ją we łzach, nad gazetą, zaczął tedy, jak mógł, uspokajać.
— No, nie desperuj. W każdej rodzinie znajdą się potępione dusze. Gdzie wstydów niema i plam. On twój daleki krewny, nie każdy nawet wie o tem pokrewieństwie. Patrz, Morduchowym gorzej, oni go protegowali, a teraz ludziom wstyd oczy pokazać! Uspokójże się, Saszeńka — szkoda twego żalu po takim łajdaku.
Opanowała się, otarła oczy.