Strona:Maria Rodziewiczówna - Barcikowscy.djvu/50

Ta strona została przepisana.



II.

Zabawił Iłowicz w Gródku dni parę, odjechał, znowu się pokazał na parodniowy wypoczynek i stał się dobrym znajomym i swoim. Pani Anna pokazała mu swe gospodarstwo, pani Barbara zawiozła czółnem w dzikie ustronia, gdzie się bobry lęgły i miryady błotnego ptactwa. Poznał domowe psy, próg i zakąty, był jak u siebie.
Oswoił się z nim nawet Filip i nie uciekała Jadwinia, chociaż z tą znajomością szło najoporniej, bo dzieciak, czy go nie rozumiał, czy nie chciał, nie odpowiadał na najprostsze pytanie.
I tak upływał lipiec znojny i skwarny i dobiegała kresu rewizya i śledztwo inżyniera. Co prawda, mógłby robotę prędzej załatwić, bo winowajcy kradli tak bezczelnie, sprzeniewierzali rządowe pieniądze tak bezwstydnie, że i szperać nie było trzeba.
Ale Iłowicz przejął się rutyną urzędnika. Nie spieszył, bo dzień każdy miał dyety, każdy przejazd miał „prohony, ” a im więcej zapisanego papieru na najmarniejszą sprawę, tem pewniejsza pochwała i awans.
Pisali tedy jego sekretarze i pisali, żeby