Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/118

Ta strona została przepisana.

— Czemu nie przyszła? Zabierzesz mnie z sobą, ojcze?
— Nie. Przyszedłem się obejrzeć, coś uradzić. My tam żyjem tylko tem, żeby tu wrócić. Tylko o tem myślim we śnie i na jawie. Tu nam być i tobie.
— Powiadaj, ojcze, jaka matka? Do kogo podobna?
— Jakże ci się zda?
— Jak mnie zeszłego roku ci rodzice drudzy powiedzieli wszystko, to mi się ona jak żywa pokazała, taka jak na jednym obrazku, co mi panicz Kostuś pokazywał: taka kobieta zesłana na katorgi co jej się Matka Boska pokazuje! A wiecie ojcze, z naszej Krośny wrócił jeden z Sybiru, Adam, — na cmentarzu stróżem jest — on mi opowiadał wszystko. Och, żeby tak siła.
I zatrząsł się cały i pięścią czemuś pogroził.
— Cicho! Czyś oszalał! — upomniała go Siemaszkowa.
— Trza milczeć, ale pamiętać! — rzekł Wiktor. — Pan Saturnin żyje, powodzi mu się?
— Ojoj, czemu nie, cegielnię postawił. Ożenił się z siostrą nowego gorzelnika z Kozar. Na spółkę z Abramem Papirnym generała okradają.
— Wuj Deremer żyje?
— At, córkę za prawosławnego wydał, za pisarza włościańskiego, sam pije!
— A ksiądz jaki?
— Pożal się Boże. Po rusku śpiewać zaczął, przestali ludzie do kościoła chodzić, to niby przestał, ale o nic nie dba.
— To któż jest nasz i Boży?
— Któżby, nasza pani — rzekł Siemaszko.
— Wiecie, mało się zmieniła przez tyle lat.
— Święci Pańscy się nie zmieniają. Pobędą na świecie do pory i jako przyszli z nieba, tacy tam i wrócą.
— Prawdę mówicie. Jako zapamiętam stara, co nas stąd wyratowała, nie zmienia się, mocy nie traci.
— To żyje! Jak tej wiosny nie była, myśleliśmy,