Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/119

Ta strona została przepisana.

że pomarła.
— Żyje, na Podlasiu się kręci między unitami. Ona wszędy gdzie męka.
— Ale u nas już niema kogo ratować. Kto ostał, milczy i cierpi.
— A jakże reszta naszych parafjan z Krośny. Były jeszcze dwie “okolice” Pachołki i Sienna. Oniż zostali.
— At, między chłopami, schłopieli. Zbiednieli, skapcanieli, do miasteczka do kościoła chodzą, albo i wcale nie bywają. Zawzięte bardzo to te kilkanaście chat z Ozierny. Przypisali ich do Kozarskiej cerkwi i do chłopów. Prawują się, upierają, ale zresztą złodzieje to leśne i kłusowniki, z nami graniczą, to utrapienie z nimi nieustanne. O każdą swoją sprawę do pani po radę idą, a las nam kradną już bez żadnego wstydu. Gorzej chłopów. Ci po wolności trochę zdurzeli, myśleli, nie trzeba robić. Ale jak przyszło wykup płacić, i podatki, i podymne, i gminne, to zobaczyli jaka to wola. Teraz to jak mi się przyśni pańszczyzna, to jęczę przez sen! To męka była z tym narodem i z taką robotą, teraz lepiej, lżej.
— Dzieci państwa Jurjewiczów już porosły? A oni wrócili z Syberji?
— Pani tam pomarła, nie wytrzymała nieboga! Pan wrócił do Warszawy. Dzieci zabrał do nauki. Panienka Marynia tej wiosny zamąż poszła za tego siostrzeńca naszej pani, co go to chłopi krzyżowali. Panicz Kostuś tego lata miał być, ale potem napisał, że za guwernera gdzieś go wzięli, na wakacje. Nawet pani żal o to miała, bo ciężko jej tak samej.
— A pana Hrehorowicza syn żyw?
— Żyw, ale nie był u nas ni razu. Pani mówi, że on tu będzie, że dla niego to wszystko trzymamy, lasy hodujem, sami biedując, ale mnie się już wierzyć nie chce, żebyśmy go kiedy zobaczyli. Woleliby Kostusia, naszego hodowańca.
— To biedujecie! Na takim majątku.