Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/165

Ta strona została przepisana.



VIII.

Pewnej wiosny w dworku Hrehorowiczów na rogu rynku powstała kuźnia.
Kowal, Franciszek Kafar, austrjacki poddany, papiery swe w policji złożył, łapówki różne popłacił i warsztat założył.
Był zrazu sam i mieszkał u Bohuszewicza, potem wynajął oficynkę od dworku, kęs ogrodu i w sierpniu sprowadził z Galicji rodzinę. Zobaczono ich zaraz wszystkich w niedzielę pod kościołem.
Kościół bywał zwykle pusty, bo mało zostało katolików w okolicy, ale przed kościołem, w cieniu starych lip, zbierali się mieszczanie na gawędę, a pod murem, co niedziela, bywał najżywszy targ.
Wśród tej próżniaczej gawiedzi i bandy młodych chłopców ukazanie się Kafarów sprawiło wielkie wrażenie. Majster szedł widocznie z żoną. Kobieta była wysoka, dostatnio ubrana, z twarzą poważną i pomimo lat dojrzałych jeszcze urodziwą.
Ale za nimi szła córka, dziewczyna tak hoża, smukła i piękna, że stojący wśród grona kolegów kawalerów Iwan Bohuszewicz, w mundurze pocztowego urzędnika, zaklął siarczyście po rusku.
— Wot krasawica. Prosta prelest’ nie dziewka!
Dziewczyna, idąca ze spuszczonemi oczami i nasuniętą na czoło jasną chusteczką, podniosła wzrok na ten wykrzyknik i obrzuciła bandę młodzieży śmiałem a obojętnem spojrzeniem.
Obejrzał się też Kafar i córkę przed siebie puścił, jakby bojąc się napaści.
Młodzież przeczekała całe nabożeństwo i, gdy ludzie wychodzić poczęli z kościoła, Bohuszewicz junior przyłą-