Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/182

Ta strona została przepisana.

— Ale biedy ludziom nawlecze do głowy. Z Oziernej do niego chodzą, jak do adwokata, a chłopów z Pachołków i Siennej też buntuje. A to sprawa przepadła, stare bajki. Tutaj ruski kraj.
— Ruskiemu ruski, Polakowi polski. Ozierna zawsze się opierała, a ludzie z Pachołków i Siennej do chłopów ino przypisani, a szlachtą są.
— Jak kto zapisany u władzy, takim ma być.
Marcin ramionami ruszył.
— Komu z tem wygoda, to dobrze! — mruknął niechętnie i wstał, by iść spać na siano.
Nazajutrz o świcie był już przy robocie w stodole, opodal Natasza mędliła len, stary poszedł do cegielni. Marcin nie śpiewał tego dnia i pracował jeszcze pilniej, niż zwykle. Zawołała go dziewczyna na śniadanie, podziękował, przyniosła mu tedy po chwili misę apetycznej zacierki z mlekiem.
— Pan już i jeść u nas nie chce! — rzekła żałośnie. — A robi pan za trzech, żeby prędzej skończyć i odejść.
— Ojciec panny wilkiem na mnie patrzy, a panna i dzień dobry dziś nie rzekła. Naraziłem się wczoraj, to i śmiałości nie mam.
— Ja też i pozdrowić nie śmiem, kiedy my panu takie wrogi, takie cudze.
Usiadł na belce i począł jeść.
— Może niesmaczne?
— Z panny rąk tobym piołun za cukier jadł.
— Porzuć pan kpiny. Już ja nabrałam rozumu od wczoraj. Nie godzi się śmieszki stroić.
— To widać panna Natalja mojej mowy nie zrozumiała wczoraj. Ot, pojutrze robotę skończę i pożegnam, ale panny to nie zapomnę całe życie.
— Albo to prawda! Jakby tak było, toby pan, do wojska idąc, wstąpił pożegnać i z wojskaby pan napisał list, jak żyje, i, wróciwszy, zaszedłby przywitać. A to pan ucieknie, jak od wrogów. Bożeż mój, Boże, za co ja taka biedna!!