Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/246

Ta strona została przepisana.

— Telegram do panicza.
Psy poczęły się łasić. Żyd podszedł i podał kopertę, Stefan rozerwał ją, przeczytał i obojętnie wsunął do kieszeni. Potem zapłacił posłańca i rzekł do Misi po francusku:
— Od matki. Dziad mnie wzywa w ważnym interesie.
— Zatem koniec! — rzekła, idąc zwolna ku domowi.
— Czego koniec? — spytał.
Milczała.
— Jutro pan wyjeżdża?
— Tak. W każdym razie miałem wyjechać. Trzeba będzie walczyć o wyzwolenie. Zwlekałem za długo!
— I tu pan wróci na stałe?
— Nie. Tam będę pracował, zarabiał. Tu — cobym robił? Czasem, na wielkie święto przyjadę, na panią popatrzeć.
— Ja tu nie będę mogła pozostać teraz.
— Opuści pani babkę?
— Muszę i muszę jej powtórzyć dlaczego.
— Dlaczego?
— Po tem, co mi pan powiedział i po mojej odpowiedzi, czemże tu będę? A gdybym została, gdy pan oprzytomnieje, moja tu obecność krępowałaby pana. Babka mi przyzna rację, muszę się oddalić.
— I zaco? Dlaczego tak mi niechętna?! To nie minie, nie przestanę kochać pani, ale i dokuczać oświadczynami nie będę. A gdy się pani stąd oddali, znajdę panią wszędzie, by czasem popatrzeć, głos posłyszeć.
— Poco pan mówił, poco? Tu było tak dobrze, cicho. Babka nową mieć będzie zgryzotę, gdy się dowie.
— Mówiłem babce, i przepowiedziała mi odmowę pani — mówiła — żem pani nie wart. To prawda, ale powiedzieć, co czuję, musiałem.
Z za węgła domu wynurzył się Kostuś ze strzelbą w ręku.
— Co to było? To psie ujadanie i krzyki? Zło-