Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/84

Ta strona została przepisana.



V.

Wysypali się chłopcy z gmachu gimnazjum. Zaroiło się, zakotłowało na ulicy, zawrzało od gwaru, i powoli cichnąć i rozpraszać się poczęło na placu.
Szli jeszcze gromadkami, rozprawiając. Najmłodsi czubili się potrosze, łakomsi obstąpili przekupkę z koszem pierników, ci co mieli daleki kurs śpieszyli do żółtego omnibusu na rogu Nowego Światu, starsi palili papierosy i rozprawiali, gdzie spędzą wieczór.
Ostatni dwaj wyszli trochę później. Jeden miał historję, bo mu ktoś podarł czapkę, drugi był wzywany do gabinetu dyrektora.
Obadwa mieli po lat piętnaście, ale jeden był w piątej, drugi już w szóstej klasie. Jeden miał szynel nowiutki, tornister elegancki i z całą powagą naciągał rękawiczki, a patrzał na świat z lekkim odcieniem wyższości i pogardy. Szczupły był, delikatny, bardzo ładny, brunecik z kręconemi włosami.
Drugi nadmiernie wyrośnięty, niezgrabny, w wytartym szynelu, w czapce z oberwanym daszkiem, z twarzą urwisza, z bystremi, zuchwałemi oczami.
Spieszył, jeszcze przejęty awanturą z czapką, biegnąc dopinał sprzążki tornistra i na ganku wpadł na tamtego.
Spojrzeli na siebie. Brunet usunął się bez słowa, tamten rzucił niewyraźnie “przepraszam” i skręcił ku Hożej.
Za chwilę już gwizdał niefrasobliwie.
Na rogu sekundę się zawahał, jakby miał ochotę posłuchać katarynki, ale poszedł dalej i w jednej z kamienic począł wbiegać na strome schody. Na trzeciem piętrze do drzwi zadzwonił.
Był to widocznie znany i terminowy dzwonek, bo po