Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/158

Ta strona została przepisana.

zaczerpnąć, ile zdzierżę, i szeroko, równo ziemię obdzielić, a po czerstwej roli żyto chrząści jak to kadzidło, co na węgle cisną.
A choć i krok i garść nieduża była, zeszło zboże równiutko — w samą miarę.
Oczami ja każdy kieł pasł, zda się ździebełko każde znał, a wedle obyczaju słomy krzynę ze święconego wianka na skraju swego sznura usiał, żeby Pan Bóg, jak stanie błogosławić runie, miał pod stopy czysto i miękko.
To, co zabiegnę na zagony, patrzę, czy niema znaku Boskich stopów na słomie: i, zda się, je widział. A jesienią mrozu wyglądałem, żeby nie wyprzało, a zimą śniegu pierzyny, by nie zmarzło i ledwie wiosny doczekał, by zobaczyć: czy żyje, czy rusza w górę, czy mu nie za mokro, czy wiater nie za chłodny. A potem każdej chmury prosił, by go nie zwaliła za mocno, by nie zbiła gradem. A jak okwitło i dojrzało, szkodowałem jak mąż żony brzemiennej.
Aż matka, bywało, z oczu mi czyta niespokój i swarzy: Co ty taki truśliwy? Za chmurami ino głową kręcisz. Co Bóg da ludziom to i nam.
Alem ja dopiero odetchnął, jak kopy pod dach schował. A snopy były takie ciężkie, że widły podnosząc, krzyżów odgiąć mogłem ledwie, ledwie. No, bo i co mnie było? Trzynaście roków i sam jeden chłop w chacie. I pola zrobić i chudoby dopatrzeć, a z gminy gonili na stójki, na szarwarki, na wszelką powinność. Do dworu też odrobki były, nie tyle, co teraz, bo wtedy stary pan sam rządził, każdego we wsi znał i niedużo liczył i za paszę letnią i za gałęzie na opał zimą. Świeć, Panie, nad jego duszą, ojciec był!
Ale nawet matka, choć sroga była, szkodowała mnie w gorący czas i jakem pierwsze zboże na chleb omłócił, powiada: na wiatrak zawieź!