Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/206

Ta strona została przepisana.

duszę poczuli, nu, to wiemy, że jest. A że nas naokoło tu wszyscy nienawidzą, to jeszcze nie racja, żeby my byli najgorsi. A trzasło coś w duszy, powiadasz, juści, ale co poradzisz, drugi raz życia nie zaczniesz, trza tutaj dotrwać.
— Tylko, że niewiadomo poco, dla kogo i dlaczego.
— Nie moja głowa o tem sądzić. A choć twoja głowa lepsza i gazety czytasz i po świecie jeździsz, takoż nic nie wiesz i nic nie wymyślisz.
— Owszem, już coś wymyśliłem, jeszcze jeden plan. Ach, coby to za kawał był dla tych wszystkich, co nas stąd gonią! Wyobraźcie sobie: jednego dnia wyprzedajemy wszyscy ziemię, ściągamy kapitały, dostatki, a wiecie, że jeszcze teraz byłyby miljardy, — i adju Fruziu, zostawiamy wolny plac chłopom, żydom i urzędnikom. Bury to zrobili w Kaplandzie.
— Pleć, pleciugo, byle długo! — rzekł Hrehorowicz.
— At, dureń jesteś! To jest plan genjalny. Czy wyobrażacie sobie miny tych wszystkich, coby zostali?
— Jaby te miny widział, bo jaby nie poszedł. Durniówbyście ze sobą nie chcieli przecie brać.
— Patrzcie go, obraża się!
— Wcale nie. Tylko jak ja nie winowaty, to nie myślę ustępować, choć źle i ciężko. A jak wy stąd pójdziecie, to też na ziemi będziecie, nie w raju. A jaź w rewolucję czytał i słyszał, jak się Polaki między sobą kochają. To jak mnie cudzy gryzie i kąsa, to jak cudzy pies, opędzisz się, albo z drogi mu zejdziesz, a taki swój jak cię ukąsi, to jakby wściekły, zginąć musisz. Ot, widzisz Grzegorzewski milczy, a ty i sam na początku gawędy w gościnę tam iść nie chciał. Ale jak wiele gadać, to się człowiek do mądrości nie dogada.